καλημέρα (kalimera) Kalymnos

Jest 27 marca 2016, niedziela wielkanocna, budzę się bardzo wcześnie jak na niedzielę, jeszcze tylko szybkie śniadanie i wychodzę z domu, ale nie kieruję się tak jak większość osób tego dnia na poranną mszę, a do samochodu w którym czeka na mnie mój brat. Po 20-tu minutach jazdy przez opustoszały Kraków wita nas Airport Kraków-Balice. Tu spotykam się z resztą fantastycznej 15-to osobowej grupy. Widać, że choć większość z nich jest niewyspana, bo przecież musieli dojechać aż z Rzeszowa, to wszyscy są pełni radości. Czeka ich teraz tydzień wymarzonych wakacji! Nadajemy bagaż ze sprzętem, jeszcze szybkie przejście przez bramki… Hmm… No może nie aż tak szybkie, bo jakieś chochliki podrzuciły kartusz z gazem do bagażu, a może to ja go tam umieściłem? Do odlotu zostało tylko 30 minut a ja kluczę po zakamarkach krakowskiego lotniska. Na szczęście nie zajmuje mi to dużo czasu, a panowie z obsługi lotniska obiecują, że bagaż uda się zapakować do samolotu, uff… Teraz biegiem do bramek i sprawna odprawa. Wszyscy już czekają w samolocie, a ja wchodząc na pokład jako ostatni, widzę tylko znajome uśmiechy, oj będzie szydera! Jeszcze nie wystartowaliśmy a już takie przygody. Siadam na miejscu zapinam pasy, pilot kołuje samolotem na pas startowy, teraz mój ulubiony moment, start, uwielbiam to przyśpieszenie! Samolot odrywa się od pasa.

Do widzenia zmarznięta Polsko,  καλημέρα (kalimera) Kalymnos!!!

Kalymnos to jedna z ponad 2500 Greckich wysp, położona na południowym-wschodzie niecałe 20 km od wybrzeży Turcji. Kiedyś wyspa słyneła z chodowli gąbek jednak po katastrofie naturalnej w 1986 roku przemysł ten praktycznie wymarł. Obecnie wyspa jest rajem dla wspinaczy i oferuje ponad 1000 dróg wspinaczkowych. Co roku jesienią odbywa się tu festiwal wspinaczkowy na który przybywa mnóstwo wspinaczy z całego świata. Taki też był nasz cel… Wspin!!!

Po trzech godzinach lotu pogoda zmieniła się diametralnie, zamiast pięciu stopni powyżej zera i opadów śniegu z deszczem, teraz jest stopni dwadzieścia i piękne południowe słońce. Dzięki dobrej logistyce sprawnie dostajemy się do naszych “apartamentów” i tego samego dnia wyruszamy na pierwszy wspin. Witają nas pozytywne chwyty, klamy, krawądki i charakterystyczne dla Kalymnos tufy. No to jazda! Wspin pełną parą! I tak przez następne 3 dni, nowe drogi, nowe sektory. Na półmetku naszego wyjazdu przyszedł czas na dzień restowy, dzień w którym lenimy się na maxa. Możemy teraz zwiedzić wyspę, wynajmujemy skutery i ruszamy w drogę dookoła wyspy. Jeździmy gdzie się da, wcinamy tutejsze jadło, kosztujemy miejscowych pomarańczy, oliwek i kozich serów, wylegujemy się na plaży, a nawet zażywamy kąpieli w zimnym o tej porze roku Morzu Egejskim. Wieczorem spotykamy się wszyscy na tarasie naszych “apartamentów” by wspólnie pogawędzić przy dobrym winie. Chochliki znów dają o sobie znać i tym razem zamieniają wino w jednej z butelek na wodę i to morską… Słoną… Taki psikus… Śmiechu jest co niemiara. Wspaniały dzień rozpusty ma się ku końcowi, a nam zostało jeszcze kolejne 3 dni wspinania. Znów walczymy z grawitacją, niektórzy wspinają się czysto rekreacyjnie, inni walczą z cyfrą by podnieść swoje życiówki. Podczas dobrej zabawy czas leci szybko i nim się obejrzymy jest już niedziela, siedzimy w samolocie, który tym razem leci na północ. Nie chce się wracać, ale co zrobić…