Alpejska kraina – Dolomity & Szwajcaria

Przebywanie na łonie natury sprawia nam dużą radość, dlatego tym razem postanowiliśmy wyruszyć w dłuższą podróż. Zdecydowaliśmy spędzić 14 dni na wędrówkach w szwajcarskich Alpach i Dolomitach oraz 14 nocy w naszym “camperze”. Pomimo tego, że pogoda czasem dawała nam w kość to wyjazd ten możemy zaliczyć do bardzo udanych. Chcieliśmy ten czas spędzić bez pośpiechu i blisko natury, co pozwoliło nam naładować się pozytywną energią.

Ładujemy baterie w Dolomitach

W Dolomitach miałem okazję już być jakiś czas temu, wtedy to bardzo mnie urzekły. Bardzo chciałem podzielić się tym pięknem z Marceliną, dlatego właśnie je wybraliśmy jako cel naszego wyjazdu. Oprócz tego po zeszłorocznym wejściu na Grossglockner zapałałem ochotą na kolejny alpejski szczyt. Wspólnie z Maćkiem, moim górskim partnerem, wybraliśmy Dent Blanche w Szwajcarii. Nie pozostało nic innego jak tylko połączyć to wszystko razem 🙂

Po uzupełnieniu zapasów i zapakowaniu samochodu, wyruszyliśmy w podróż. Do szwajcarskiej miejscowości Ferpecle, z której wyruszyliśmy w trekking do Cabane de la Dent Blanche, jechaliśmy trzy dni. Przecież głównym założeniem naszego wyjazdu był całkowity brak pośpiechu. 🙂  Po drodze przez Austrię zatrzymaliśmy się nad jeziorem Achensee.

Trasa naszej podróży do Ferpecle
Achensee

Spędziliśmy tam tylko jedno popołudnie oraz postanowiliśmy zostać do rana. Co prawda nie planowaliśmy żadnego trekkingu w tym rejonie, ale pozwoliło nam to na porządny odpoczynek po długiej drodze. Przy okazji chcieliśmy zobaczyć jak wyglądają góry wokół Achensee, tak aby w przyszłości tam wrócić.

Poranek nad jeziorem Achensee

Rankiem ruszyliśmy w dalszą drogę. Nasz wstępny plan zakładał dojechanie tego dnia do Ferpecle, jednak nie chcąc się śpieszyć zatrzymywaliśmy co jakiś czas – na kawę, na posiłek i na fotografowanie pięknych alpejskich pejzaży.

Fotografujemy 🙂

Jadąc tak przez Szwajcarię, nie mogliśmy nasycić się jej pięknem. Szwajcaria, zwłaszcza jej południowo-zachodnia część przez którą mieliśmy okazję jechać, to przepiękny kraj. Specjalnie zrezygnowaliśmy z autostrad, aby w wolniejszym tempie podziwiać mijane krajobrazy. Z pewnością chcemy tam wrócić i wybrać się na górskie wycieczki.

Szwajcarskie miasteczko…

Trzeciego dnia podróży, jeszcze przed południem, dotarliśmy do Ferpecle, skąd mieliśmy wyruszyć w całodzienny trekking do Cabane de la Dent Blanche. W Ferpecle zaparkowaliśmy nasz samochód i oczekiwaliśmy na Maćka, który miał się zjawić lada chwila. Ten czas przeznaczyliśmy na pakowanie się oraz zapoznanie się z okolicą. Z wielką radością przywitaliśmy znajomą twarz, z którą nie miałem okazji widzieć się od bardzo dawna. Jeszcze tylko ustaliliśmy jaki sprzęt potrzebujemy na akcję górską i około południa wyruszyliśmy do Cabane de la Dent Blanche. Początkowa trasa wiedzie zwykłą górską ścieżką, jakich wiele możemy spotkać w Tatrach i nawet zaznaczona jest na mapie. Do pokonania mieliśmy około 15-stu kilometrów i ponad 1700 metrów w pionie, co może stanowić wyzwanie kondycyjne, co więcej ponad połowa trasy nie jest oznaczonym szlakiem turystycznym i wymaga już pewnego obycia z trudnościami natury technicznej i ekspozycją.

Trekking do Cabane de Bricola

Po drodze mijamy nieczynne już schronisko Cabane de Bricola. Nie znamy historii i nie wiemy dlaczego jest zamknięte, ale pewnie jednym z powodów był mały ruch turystyczny, bo nie spotykamy nikogo na szlaku przez cały dzień.

Cabane de Bricola

Podejście bardzo męczyło mnie i Maćka, obładowani sprzętem wspinaczkowym parliśmy do Cabane de la Dent Blanche. Marcelina natomiast dzięki swojej dobrej kondycji nie męczy się tak jak my. Jednak te widoki napełniają nas dodatkową energią. Jak wspomniałem wcześniej znakowany szlak górski prowadzi tylko do Cabane de Bricola. Dalej ścieżka staje się mniej ewidentna i jej odnalezienie będzie coraz trudniejsze. Tymczasem minąwszy Cabane de Bricola, po raz pierwszy możemy podziwiać cel naszej alpejskiej ekspedycji, czyli Dent Blanche.

Dent Blanche w całej okazałości

Dalej trasa wiedzie polodowcowym rumowiskiem skalnym, miejscami znaleźć możemy jakieś znaki. Jednak głównie jest to lawirowanie pomiędzy kamiennymi usypiskami. Dużo tu cieków wodnych, w których płynie woda z roztopionych lodowców. Z pewnością można jej używać do picia.

Marcelina zasmakowała w wodzie z lodowca 😉

Ostatni etap naszej wędrówki to techniczne trudności i przejście lodowcem do schroniska Cabane de la Dent Blanche. Maciek szybko przegrzał ten odcinek, a ja z Marceliną bez pośpiechu pokonywaliśmy kolejne skalne stopnie. Dla Marceliny był to prawdziwy chrzest bojowy i poradziła sobie z nim świetnie by po siedmiu godzinach od wyjścia z parkingu pojawić się przed Cabane de la Dent Blanche.

Maciek przed Cabane de la Dent Blanche

Dzień zbliża się już końcowi, a nam pozostaje delektowanie się pięknym zachodem słońca oraz pysznym liofilizowanym posiłkiem.

Romantyczna kolacja o zachodzie słońca przed Cabane de la Dent Blanche 3507 m. n.p.m.

Następnego dnia ja i Maciek planowaliśmy zaatakowanie szczytu Dent Blanche 4357m. n.p.m. drogą normalną, czyli południową granią. Jednak wymęczeni podejściem do schroniska i w obawie przed obfitym opadem atmosferycznym w tym dniu, rezygnujemy z tego planu. Dent Blanche musi poczekać. Trochę nam szkoda, że nasza wyprawa nie potoczyła się zgodnie z założonym planem. Mimo to żadne z nas nie żałuje, że tu dotarliśmy. Sam trekking do Cabane de la Dent Blanche był niezwykłym doświadczeniem, widoki wspaniałe, turystów zupełnie brak a i alpinistów niewielu. Warto było tu przyjechać! Oboje z Maćkiem obiecujemy sobie, że za rok tu wrócimy, w lepszej formie i lepiej przygotowani.

Zamiast w górę, w kierunku szczytu Dent Blanche, schodzimy w dół do Ferpecle. Popołudniem dochodzimy do parkingu, gdzie pozostawiliśmy nasze pojazdy. Tuż po naszym przyjściu zaczął padać deszcz, opad był na tyle mocny, że nie miałem wątpliwości co do decyzji podjętej z Maćkiem o rezygnacji z ataku szczytowego. Maciek wraca w swoją stronę, a my z Marceliną spędzamy noc w Ferpecle aby wypocząć po trudach trekkingu i przed dalszą drogą, tym razem w kierunku włoskiej granicy.

Cały następny dzień zajmuje nam jazda przez Szwajcarię. Wspaniałe widoki, które możemy znów podziwiać rekompensują nam wszelkie trudy. Koniec, końców rankiem naszym oczom ukazuje się ten sam widok a jednak całkiem inny… Dolomity!

Wczesny ranek w Dolomitach

Tak szczerze powiedziawszy celowo pominęliśmy opisywania kilku pierwszych dni podczas, których strasznie lało. 🙂 Tymczasem, po tych kilku dniach spędzonych na odpoczynku w naszym autku, na niebie pojawia się słońce. Oczywiście na bieżąco sprawdzaliśmy prognozy pogody i już od jakiegoś czasu wiedzieliśmy, że tego dnia wyruszymy w nasz pierwszy trekking po Dolomitach. Pogoda jednak nie była zbyt pewna dlatego zdecydowaliśmy się na lekką wycieczkę wokół szczytów należących do grupy Sasso. Spokojnie maszerujmy przez dzień cały, trasa pozbawiona jest jakichkolwiek trudności technicznych i znów możemy delektować się pięknymi widokami.

Punta Grohmann – grupa Sasso

Po drodze mijamy dwa schroniska, w których krótko odpoczywamy. Mamy okazję także spotkać wiele zwierząt gospodarskich jak krowy, konie, owce czy kozy. Okazuje się bowiem, że większość terenów trawiastych jest pastwiskami. Możnaby powiedzieć, że nic dziwnego ale w naszych rodzimych Tatrach raczej nie spotykane.

Mieszkańcy górskich pastwisk

Późnym popołudniem znów słyszymy grzmoty w oddali, a pod koniec naszego trekkingu łapie nas deszcz. W takiej aurze docieramy do naszego samochodu i znów poszukujemy odpowiedniego miejsca na nocleg. W kolejnych dniach pogoda znów jest mało przewidywalna. Dlatego też nie stacjonujemy w jednym miejscu, przemieszczamy się z miejsca na miejsce tak aby móc poznać jak największy obszar Dolomitów. Ktoś mógłby powiedzieć, że z cukru nie jesteśmy i w gorszych warunkach można wędrować po górach. To prawda, jednak przez ponad 2 tygodnie mieszkaliśmy w niewielkim samochodzie i w przypadku przemoczenia naszych trekkingowych ubrań nie mielibyśmy możliwości ich wysuszenia, a poza tym wędrówka w takich warunkach nie sprawia nam aż takiej przyjemności. Nie martwiąc się zbytnio zwiedzamy Dolomity z pokładu samochodu i wyczekujemy dobrej pogody. Gdy taka nadeszła, wiedzieliśmy, że naszym celem będzie Piz Boè. Dzień przed trekkingiem wszystko dokladnie planujemy, pakujemy i oczywiście sprawdzamy prognozy.

Piz Boè 3152m n.p.m.

Pogoda tym razem dopisuje, nie pada, choć chmury przysłaniają piękne widoki, ale i tak jest wspaniale. Raz na jakiś czas pomiędzy chmurami pojawia się mniejsze, bądź większe okienko i wtedy mogliśmy podziwiać piękne krajobrazy Dolomitów. Startujemy z przełęczy Passo Pordoi, a następnie ruszamy stromym podejściem do Rifugio Porcela Pordoi. Tam odpoczywamy chwilkę by potem, wraz z ze sporą grupą ruszyć w kierunku Piz Boè. Po ponad godzinie marszu i pokonaniu paru technicznych ułatwień, jak drabinki, klamry i poręczówki, docieramy na szczyt Piz Boè. Odpoczywamy chwilę i delektujemy się pięknym krajobrazem, który raz na jakiś czas ukazuje nam się zza chmur.

Piękne krajobrazy Dolomitów

Ze szczytu schodzimy inną drogą niż ta, którą weszliśmy. Zawsze w ten sposób planujemy nasze górskie wycieczki, aby schodzić inną ścieżką, wtedy więcej można poznać, chyba, że nie da się inaczej. Dlatego z Piz Boè kierujemy się do schroniska Utia F. Kostner by po przejściu kamienistego żlebu zawrócić w kierunku Passo Pordoi. Tym sposobem wracamy do naszego domu na kółkach 🙂 Jeszcze po drodzę mijamy początek jednej z najtrudniejszych ferrat – Ferrata Piazzetta.

W kolejnych dniach pogoda znów płatała nam figle, a że były to ostatnie dni naszego wyjazdu choć trochę łudziliśmy się zobaczyć sławne Tre Cime di Lavaredo. W przeddzień naszego powrotu, udaliśmy się do Cortiny d’Ampezzo na pyszną pizzę a potem najedzeni w kierunku Tre Cime di Lavaredo. W momencie gdy dotarliśmy na miejsce naszym oczom ukazały się… piękne chmury 🙂 I nic poza tym… Czekaliśmy i ciągle nic… Aura znów zaczynała być deszczowa.

Więcej zdjęć z tego wyjazdu znajdziecie na naszym profilu na flickr:

Dent Blanche & Dolomities