Angielskie śniadania w Peak District & Lake District

Wczesną wiosną staneliśmy przed wyborem celu na nasz wielkanocno-majówkowy wyjazd. Do dyspozycji mieliśmy ponad dwa tyodnie. Dlatego chcieliśmy znów wybrać się w daleką podróż. Zazwyczaj większość osób wybiera na odpoczynek ciepłe miejsca, gdzie pogoda dopisuje i można zaznać dużej ilości słońca. Generalnie jakby nie patrzeć nasze wybory zawsze są jakieś na opak. Tak też było w przypadku wyjazdu o którym chcielibyśmy napisać w tym poście.

Dlaczego by nie Wielka Brytania

Tym razem zamiast udać się w objęcia śródziemnomorskich promieni słońca postanowiliśmy skorzystać z dobrodziejstw Wielkiej Brytanii. Po przeczytaniu książki pt. “Revelations” Jerrego Moffata i obejrzeniu filmu pt. “Statement of Youth” nabrałem wielkiej ochoty aby poznać wyspiarski klimat oraz tamtejsze miejscówki wspinaczkowe, które znałem już z książki i filmu. Jednym z najbardziej znanych miejsc wspinaczkowych w Wielkiej Brytani jest Peak District. Znaleźć tam można wiele wyśmienitych boulderów oraz tradowych dróg wspinaczkowych. Poza tym w Peak District można zakosztować w pięknych widokach oraz nieco potrekkingować. Na dodatek niedaleko Peak District mieszkają nasi znajomi, których chcieliśmy również odwiedzić. Decyzja zapadła! Od tego czasu oboje z niecierpliwością czekaliśmy aż nadejdzie dzień wyjazdu. Był to pierwszy wyjazd naszym vanem, czyli VW T4 Multivanem zwanym przez nas pieszczotliwie Żabą 🙂 Wielką atrakcją miała być podróż przez połowę kontynentu europejskiego oraz przeprawa promem. Natomiast dla mnie prawdziwym wyzwaniem była jazda samochodem po lewej stronie.

Peak District – Ladybower Reservoir

Plan awaryjny

Nie wierzymy w stereotypy, takie jak ten, że w Wielkiej Brytani pogoda jest naogół kiepska i deszczowa.  Aby uniknąć spędzenia całego wyjazdu w naszym vanie, potrzebowaliśmy planu awaryjnego. Jednocześnie wiedzieliśmy, że aby dostać się na wyspy samochodem będziemy musieli skorzystać z promu, który należy zarezerwować z wyprzedzeniem. Zaryzykowaliśmy kupując bilety na prom, następnie rozpoczeliśmy poszukiwanie alternatyw dla Peak District. Pewnie niewielu z Was kojarzy Wielką Brytanię z górami, najwyżej spodziewamy zobaczyć tam niewielkie pagórki. My też byliśmy zaskoczeni kiedy znaleźliśmy miejsca takie jak Lake District czy Snowdonia. Na dodatek oba z nich oddalone są od Peak District o około 300-400km. Taki dystans jest idealny, aby przemieścić się miedzy nimi w ciągu jednego dnia, a poza tym jest mało prawdopodobne aby pogoda była taka sama w miejscu oddalonym o około 400km.

Wyprawę czas zacząć

Wyruszyliśmy w Wielką Sobotę z Rzeszowa i około dwa dni zajęła nam podróż do Dunkierki, skąd dalej promem przedostaliśmy się do Dover. Po drodze udało nam się odwiedzić Kolonię i spróbować tradycyjnego currywurst. Podróż promem wspominamy bardzo miło, pomimo tego, że płynęliśmy w środku nocy. Nawet można było przespac się chwilę. Całą drogę zastanawiałem się jak będzie wyglądać jazda lewą stroną drogi. Na szczęście o 2 w nocy na brytyjskich autostradach nie jest zbyt tłoczno, więc nie musiałem się aż tak bardzo stresować. Całkiem szybko opanowałem angielski styl jazdy. Naszym pierwszym postojem było miasto Derby, w którym mieszkają nasi znajomi. Tego dnia postanowiliśmy odwiedzić jednego z nich. Dawid, bo o nim mowa, ugościł nas po staropolsku, czyli opowieściami, angielską herbatą i piwem w prawdziwym angielskim pubie. Dzięki niemu mieliśmy okazję zakosztować klimatu tradycyjnego brytyjskiego domu oraz wiele dowiedzieć się o Wielkiej Brytani. Dawid polecił nam również kilka malowniczych miejsc w okolicy, które mieliśmy okazję odwiedzić.

Peak District

Nazajutrz pożegnaliśmy się z Dawidem i ruszyliśmy na podbój Peak District. Bardzo chciałem zaznać tutejszego boulderowego wspinia i nie mogłem doczekać się wycieczki pod skały. Tak naprawdę Peak District to rozległa wyżyna, dlatego będąc tu po raz pierwszy trudno było mi zdecydować pod które skały najlepiej się udać. Przede wszystkim szukałem dość łatwych boulderów aby zapoznać się z tutejszym stylem wspinania i rozprostować kości po kilku dniach jazdy samochodem. Wybór padł na rejon Derwent Edge. Głównym powodem dla którego się tam udaliśmy był zachwycający kształt form skalnych. Jakby były z innej planety.

Derwent Edge – The Coach and Horses

Spędziliśmy niemal cały dzień boulderując i rozkoszując się mocnymi porywami wiatru 😀 Czasem udawało się nam znaleźć jakieś zaciszne miejsce, ale nie było łatwo. W Peak District nie znajdziemy żadnych drzew, a skały są na szczytach wzgórz dlatego bardzo trudno znaleźć tu jakąkolwiek osłonę od wiatru. Nawet Marcelina nie chcąc zmarznąć zaczęła wspinać się ze mną. Choć pogoda dawała nam trochę w kość to oboje bardzo byliśmy zachwyceni tym miejscem. Poza tym jakość tutejszej skały jest wręcz wyśmienita. Jest to rodzaj piaskowca zwany Gritem. Różni się tym od piskowców spotykanych u nas, że ziarna z których jest zbudowana są trochę większe. Dzięki temu właściwości tarciowe Gritu są f..cking phenomenal! Po całym dniu wspinania moja skóra na opuszkach palców była kompletnie zdarta. Zmarznięci i zmęczeni wróciliśmy do naszej Żaby. Wspinanie następnego dnia nawet nie wchodziło w grę.

Przerwa na ciepłą angielską herbatkę – 5 o’clock break 😀

Jak nie wspinanie to trekking

Aby trochę bardziej zapoznać się z okolicą rejonu Derwent Edge i Ladybower Reservoir oraz dać odpocząć moim opuszkom palców postanowiliśmy wyruszyć na trekking. Trzeba wiedzieć, że nie znajdziemu tu oznakowanych szlaków jak ma to miejsce w naszych górach. W Wielkiej Brytani istnieją “public footpath” są to ścieżki lub drogi dostępne dla pieszych i rowerzystów do publicznego użytku. Na wyspach brytyjskich praktycznie każdy kawałek terenu ma swojego właściciela. Każda osoba postronna ma zagwarantowane prawnie dojście do terenu o swobodnym dotępie jak np. góry, wrzosowiska, doliny, itp. Na początku ścieżki znajdziemy drogowskaz inforumujący o tym, że jest to public footpath i dokąd ona prowadzi. Tak jak wspomnieliśmy wcześniej na ścieżce nie znajdziemy żadnych oznaczeń. Jednak mając do dyspozycji dokładne mapy Peak District bez problemu zaplanowaliśmy trasę. Warto zazanaczyć, że na mapach Ordnance Survey, których używaliśmy, naniesiona jest każda ścieżka i droga polna. Dodając do tego nasz bardzo dobry zmysł orientacji w terenie nie zgubiliśmy się ani razu. 🙂

Trekking w Peak District i Public Footpath w tle

Wspinania ciąg dalszy

Wieczorem udało nam się skontaktować z Maćkiem, naszym kolejnym znajomym zamieszkującym miasto Derby. Maciek fan wspinania i biegania polecił nam kilka miejsc w Peak District, gdzie można potrekkingować, jak Kinder Scout oraz bardziej popularne miejsca do boulderowania w Peak District. Tak trafiliśmy pod rejon wspinaczkowy Stanage, który już z daleka wyglądał bardzo intrygująco.

Stanage

Na parkingu pod Stanage spędziliśmy noc. Ja osobiście nie mogłem doczekać się wspiniania w tym rejonie. Jednak tym razem pogoda spłatała nam mały figiel i oprócz mocnych porywów wiatru rozpadało się na dobre. Cały czas miałem nadzieje, że w nocy przestanie padać i wiatr w magiczny sposób wysuszy skały. Rankiem deszcze nie ustępował, sprawdziliśmy prognozy pogody, które okazały się nie być optymistyczne. Dlatego ten dzień postanowiliśmy spędzić na zwiedzaniu okolicy z pokładu naszego vana oraz uzupełnieniu zapasów na kolejne dni. Odwiedziliśmy urocze miasteczka Hathersage oraz Castleton, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć ruiny zamku Peveril i przespacerować się doliną Secret Valley.

Secret Valley i zamek Peveril

Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie. Raz padało, a po chwili świeciło słońce. Bardzo dokuczliwa była dla nas ta pogoda. Jednak dzięki niej udało nam się zwiedzić spory obszar Peak District. Pod koniec dnia przestało padać i udaliśmy się w drogę powrotną do Stanage. Tym razem celowo zmieniliśmy trasę aby poznać kolejny zakątek Peak District. Po kilku minutach jazdy naszym oczom ukazała się piękna dolina Burbage Valley.

Burbage Valley

Natychmiast postanowiliśmy wybrać się na mały rekonesans Burbage Valley. Wzieliśmy ze sobą przewodnik wspinaczkowy oraz aparat. Jakie było moje zdziwienie kiedy podeszliśmy pod najbliższe skały i zobaczyliśmy, że są całkowicie suche. Okazuje się, że tutejsze skały bardzo szybko wysychają po deszczu za sprawą wiejących tu wiatrów. Bardzo żałowałem, że przyjechaliśmy w to miejsce tak poźno bo mógłbym powspinać się jeszcze tego dnia. Kolejnego dnia pogoda była równie wspaniała dlatego mogłem narobić moje wspinaczkowe zaległości. Jedynym mankamentem był zimny wiatr, który przenikał nas do kości.

Derby & Nottingham

Zbliżał się weekend a wraz z nim połowa naszego wyjazdu. Pogoda znów zmieniła się o 180 stopni i koniec tygodnia zapowiadał się deszczowo. Nie pozostało nam nic innego jak spakować Żabę i udać się do Derby. W tym mieście byliśmy na początku naszego wyjazdu. Tym razem postanowiliśmy odwiedzić naszych kolejnych znajomych zamieszkujących Derby, czyli Maćka, Izę i Emilkę. Znów czekało na nas tradycyjne polskie przywitanie, gorąca angielska herbata, a rozmowom nie było końca. Dzięki Maćkowi i Izie mieliśmy możliwość skorzystania z ciepłego prysznica, wyspania się w wygodnym łóżku, spróbowania tradycyjnego, angielskiego fish&chips oraz spędzenia fantastycznego weekendu! Udało nam się zwiedzić miasto Nottingham, w okolicy którego według legedny miał żyć Robin Hood. Tymczasem kapryśność pogody dalej nie ustępowała. Nie pozostało nam nic innego jak poszukać miejsca z nieco bardziej słoneczną aurą.

Lake District

Już na etapie planowania naszej wyprawy szukaliśmy alternatyw dla Peak District. Jedną z nich była przepiękna kraina leżąca w północno-zachodniej Anglii – Lake District. Ponieważ aktualnie pogoda w Peak District nie dopisywała postanowiliśmy udać się w miejsce gdzie nie pada. Sprawdziliśmy prognozy pogody na najbliższe dni, która zapowiadała się być bezdeszczowa właśnie w Lake District. Nie zastanawiając się długo pożegnaliśmy się z Maćkiem, Izą i Emilką i ruszyliśmy w drogę. Do pokonania mieliśmy ponad 400km. W niedzielne przedpołudnie byliśmy już na miejscu a naszym oczom ukazał się taki oto krajobraz:

Lake District

Dotarliśmy do miejscowości Great Langdale, gdzie stacjonowaliśmy 2 dni. Zaraz po przyjeździe ruszyliśmy na krótki trekking. Warto było rozruszać się po podróży, na dodatek pogoda dopisywała, więc nie sposób było z niej nie skorzystać. W Lake District również nie ma wyznaczonych szlaków. Tym bardziej nie znajdziemy nigdzie czasów przejścia. Dlatego do naszej pierwszej wycieczki po Lake District podeszliśmy z dużym dystansem. Chcieliśmy głównie zapoznać się z tymi terenami i oszacować na ile możemy sobie pozwolić. Udało nam się zrobić krótką pętelkę wokół Stickle Tarn i Pavey Ark.

W drodze na Pavey Ark

Żądni prawdziwej wyrypy na następny dzień zaplanowaliśmy bardzo ambitną trasę. Chcieliśmy zdobyć najwyższy szczyt Anglii czyli Scafell Pike. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o kilka niższych wierzchołków znajdujących się w Lake District. Trasa liczyła ponad 25km i 1500m przewyższenia. Wystartowaliśmy z Great Langdale na wysokości 93m n.p.m i osiągnęliśmy najwyższy punkt 978m n.p.m tj. wierzchołek Scaffell Pike. Po drodze mijaliśmy bardzo piękne i oryginalne krajobrazy oraz bardzo dużo pasących się owiec. Obyło się bez opadów deszczu dlatego szczęśliwi choć bardzo zmęczeni wróciliśmy do naszego domu na kółkach.

Panorama Lake District z prawie wierzchołka Scafell Pike

Czekał nas jeszcze jeden dzień bez opadów w Lake District. Potem wszystkie prognozy pogody przewidywały deszczową aurę. Choć zmęczeni długą wędrówką dnia poprzedniego postanowiliśmy wykorzystać go na maxa. Tym razem długą wędrówkę zamieniliśmy na ciut większe trudności techniczne. Naszym celem było wejście na trzeci co do wysokości szczyt Anglii Helvellyn oraz przejście pętli wokół Red Tarn pokonując granie Striding Edge i Swirral Edge.

Red Tarn & Striding Edge

Podejście na Helvellyn od zachodu potrafi nieźle dać w kość, choć nie jest trudne technicznie. Natomiast przejście Striding i Swirral Edges to bedziej gramolenie (scrambling) niż wspinanie. Trzeba przyznać, że przejście tej pętli wokół Red Tarn jest bardzo urokliwe. Choć ekspozycja nie jest przerażająca to należy uważać na luźne kamienie zwłaszcza na zejściach. Obie granie są bardzo popularne wśród turystów dlatego należy wziąć poprawkę na ewentualne zatory na trasie. W nagrodę za sprawne pokonanie trasy udajemy się do Keswick na pyszny meat pie w pubie Twa Dogs Inn. Po smakowitej wyżerce ruszamy w drogę powrotną do Peak District.

Refleksja z podrózy

Ostatnie dwa dni naszej podróży spędzamy raz jeszcze w Peak District. Wykorzystując przebłyski dobrej pogody udaję mi się przejść kilka fajnych boulderów. Jednak czas mija bardzo szybko i wielkimi krokami zbliża się dzień naszego wyjazdu i powrotu do domu. Przez cały ten czas spedzony w Peak i Lake District z zaciekawieniem obserwowaliśmy wszystkich spotkanych ludzi oraz miejsca które odwiedziliśmy. Bardzo pozytywnie odebraliśmy ludzi którzy pomimo tego, że pada czy leje dalej wędrowali, biegali czy jeździli na rowerze po Peak District. Było to dla nas bardzo motywujące, kiedy widzieliśmy ich w strugach deszczu. Nie czekali na optymalne warunki tylko ostro cisnęli dalej. Pogoda dawała im w kość, a oni dalej byli otwarci i serdeczni.

Więcej zdjęć z naszej podróży na wyspy brytyjskie znajdziecie na naszym flickr’owym profilu:

Peak & Lake District - England