Gerlach – Droga Martina

Jest czwartek, 21 lipca 2016, godzina 3:00, pięcioosobowy zespół taterników wyjeżdża z Rzeszowa. Kierują się do miejscowości Wysokie Tatry, a ich celem jest najwyższy szczyt Tatr a zarazem całych Karpat – Gerlach (słow. Gerlachovský štít, Gerlachovkaniem. Gerlsdorfer Spitze, Gerlach, węg. Gerlachfalvi-csúcs). Każdy z nich ma już za sobą całkiem spory staż górski i wspinaczkowy. Znają się z pracy, ze ścianki wspinaczkowej czy też skałek. Łączy ich miłość do gór, radość jaką daje im wspinanie i pasja do wypraw w nieznane. To ich pierwsza wspólna wyprawa, a cel wcale nie taki banalny. Jest 6:30 jak wyruszają z parkingu na Tatrzańskiej Polance, gdzie zostawiają samochód, w stronę Śląskiego Domu by dalej udać się na przełęcz Polski Grzebień. Pogoda super, słonecznie z niewielką ilością chmur, lepszej nie można było sobie wymarzyć. Ja osobiście pierwszy raz szedłem tym szlakiem, tj. zielonym szlakiem biegnącym przez Wielicką Dolinę i gorąco polecam tę trasę każdemu kto czuje się na siłach wędrować po Tatrach. Polecam ją ze względu na wspaniałe widoki jakie oferuje, z zachodu widzimy masyw Gerlacha, ze wschodu grań Granatów Wielickich. Z całą pewnością można tu poczuć monumentalizm gór, a także nutkę wolności jaką oferują. Nad Wielickim Stawem znajduje się hotel górski Śląski Dom oraz urocza Wielicka Siklawa. Tymczasem nasi taternicy na przełęczy Polski Grzebień są przed 10:00. Czas całkiem dobry, teraz tylko krótka przerwa na uzupełnienie kalorii, założenie uprzęży i przeszpejenie się. Następnie ruszają granią przez Wielicki Szczyt, Litworowy Szczyt i Zadni Gerlach. Droga, którą obrali nosi nazwę Drogi Martina, prowadzi wspomnianą granią z przełęczy Polski Grzebień na Gerlach i nie jest szlakiem turystyczym. Z początku teren jest dla nich łatwy, nie wiążą się liną, tak jest szybciej. Po drodze wykonują jeden zjazd i dalej solo wędrują granią. Gdy teren robi się trudniejszy, postanawiają zakładać asekurację. Idą związani razem na jednej linie, przez co nie są tak szybcy jak mniej liczebne zespoły, ale nie zważają na to. Zmiana pogody i tak się nie szykuje. Mają czas, po co się śpieszyć, skoro można delektować się widokami i wzajemnym towarzystwem. Przecież właśnie w tym celu uciekli z miejskiej dżungli. Na Gerlachu są przed 19:00, a przed nimi jeszcze zejście Batyżowieckim Żlebem. Mimo to są szczęśliwi. Czy dlatego, że osiągnęli cel? Hmm… Też, ale nie On (tj. Gerlach) był najważniejszy, ważniejsza była droga, to zobaczyli, jakie emocje im towarzyszyły, poczucie wolność oraz przede wszystkim to, że mogli przebywać w górach, miejscu, które tak kochają. Teraz zasłużony krótki odpoczynek, pamiątkowy wpis do książki wejść i dalej w drogę. Do czerwonego szlaku dochodzą już po zmroku, by dalej przy świetle czołówek i mając w zapasie ostanie krople wody maszerować w stronę parkingu. Ogarnia ich zmęczenie, gdy o 23:30 znów są na parkingu. Teraz tylko 3 godziny jazdy i już są w Rzeszowie, w swojej codzienności… 

No Panowie oby więcej takich wypraw!