Großglockner via Stüdlgrat

„Hmm… Jak najlepiej zacząć przygodę z alpinizmem nie nudząc się na łatwiakach w związku z posiadanym sporym stażem wspinaczkowym, ale nie rzucając się na zbyt głęboką wodę, czy też wysoka górę z powodu znikomego doświadczenia alpinistycznego? Całkiem dobre pytanie… A może by tak Grossglockner? Ale nie zwykłą drogą, a majestatyczną granią Studlgrat? Why not!” Do takich wniosków doszliśmy wspólnie z Maćkiem, co zaowocowało planem na kolejną wspólną wyprawę po ostatnim tatrzańskim wspinaniu na drodze Kutty. Tak naprawdę, to było troszkę odwrotnie, najpierw zrodził się plan na wyjazd na Grossglockner, a droga Kutty posłużyła nam jako mały trening. No dobra, plan planem, ale jak tu go zrealizować skoro w Wysokich Taurach cały czas leje, a kalendarz niezbyt elastyczny? Oto zagwozdka… Wspólnymi siłami wyznaczyliśmy dwa terminy lipcowe na wyjazd, czyli termin główny 15-19.07.2017 i termin awaryjny 22-26.07.2017. Teraz pozostało nam tylko czekać i obserwować pogodę na wszystkich wiarygodnych portalach meteorologicznych, a w wolnym czasie przygotowywać się kondycyjnie. No to czekamy, obserwujemy, biegamy, wspinamy się i tak czas leci, a pogoda nic… Aż tu nagle, tydzień przed planowanym terminem głównym meteo mówi, że warun będzie na niedzielę 16.07 i poniedziałek 17.07. Yupi!!! Z racji dużej niepewności w prognozach długoterminowych podchodzimy do tej wiadomości z dużym dystansem i od teraz jeszcze bardziej wnikliwie obserwujemy prognozy. Obserwujemy i nic się nie zmienia, warun ma być i basta! Nie pozostaje nam nic innego, jak spakować szpej i hej-ho, wiśta wio. Ucieszeni jak małe dzieci gumą Turbo, wyruszamy z Rzeszowa późnym popołudniem w sobotę 15-go lipca. Chilloutowym tempem, z kilkoma przystankami i noclegiem na jednym z austriackich przyautostradowych parkingów docieramy do miejscowości Kals am Grossglockner w niedzielę 16-go lipca około południa. Polska żegnała nas ozięble deszczem, natomiast zgodnie z przewidywaniami synoptyków Wysokie Taury witały nas słoneczną pogodą, a także ku naszemu zaskoczeniu, ośnieżonym Grossglocknerem. Nie mogąc uwierzyć w łut szczęścia jaki nam się przytrafił zajadamy się prawdziwie domowym jadłem, przepakowujemy plecaki i ruszamy w stronę schroniska Studlhutte. Marsz do Studlhutte, położonego na wysokości 2802m zajmuje nam około trzech godzin, a pokonujemy przy tym 1000m różnicy wysokości. Do końca dnia pozostaje nam trochę czasu, więc zachwycamy się widokami, leniuchujemy i bacznie obserwujemy pogodę, czy aby coś się nie psuje. Pogoda nic się nie zmienia, pozostaje nam tylko atakować. Pełni obaw, podekscytowani wychodzimy ze schroniska o 3:30 w nocy. Ruszamy jako pierwsi, całkiem sprawnie pokonując kolejne metry przewyższenia, jednak zbyt wcześnie wbijamy na grań i tracimy wypracowaną przewagę nad innym zespołami. Teraz pozostaje nam nierówna walka z dużo bardziej doświadczonymi alpinistami oraz przewodnikami wysokogórskimi, którzy prowadząc swoich klientów niczym kozę na postronku mają gdzieś bezpieczeństwo innych. Napieramy dalej, pokonując większość drogi na lotnej asekuracji i korzystając z ringów, prętów i lin poręczowych, jakie zostały zamontowane na drodze Studlgrat. Zachwycamy się widokami, a słoneczne i bezchmurne niebo dopełnia nas szczęściem. Na wierzchołku Grossglocknera meldujemy się po 11. Sporo czasu nam to zajęło, ale zważając na falstart i przepuszczanie innych zespołów, na czym według mnie straciliśmy około 2 godzin, nie jest tak źle. Z założenia i tak miała to być alpejska przygoda, a nie bieg przez płotki. Szczęśliwi odpoczywamy na szczycie, robimy foty i wcinamy szturmżarcie. Z racji pory, wierzchołek jest oblegany niczym rynek w Krakowie… Hmm… Może troszkę bardziej. Najwyższa pora schodzić, bo przecież jeszcze trzeba tego samego dnia dojść do auta. No to idziemy, jednak droga klasyczna jest bardziej oblegana, przez co znów dochodzi do kuriozalnych sytuacji z przewodnikami, a także niektórymi „alpinistami”, mającymi na uwadze tylko bezpieczeństwo swoje i jak najszybsze zejście w dół. W takich warunkach docieramy na Kleinglocknera i po czujnym dojściu do miejsca, w którym grań opada w dół, postanawiamy zamiast przedzierać się przez ten tłum zjechać na linie. Sprawnie robimy 3-4 zjazdy i szybko znajdujemy się na polu śnieżnym, wyprzedzając przy tym wszystkich, którzy wcześniej chcieli nas przegonić. Zwijamy liny, zakładamy raki i schodzimy do schroniska Erherzog Johann Hutte. Krótkie przerwa, uzupełnienie kalorii i płynów, teraz już z przysłowiowej górki przez lodowiec schodzimy do Studlhutte. Znów odpoczynek, jedzenie, dopakowanie rzeczy pozostawionych w depozycie i marsz w dół, do samochodu pozostawionego przy drodze do Lucknerhaus. O 22 rozbijamy namiot i szybko zasypiamy. Następnego dnia, czyli we wtorek pogoda dalej dopisuje, dzięki czemu możemy sprawnie pokonać drogę do domu i tak w Rzeszowie zjawiamy się około północy.

Osobiście nie spodziewałem się, że będziemy mieć tak spory łut szczęścia co do pogody, ale jak widać na załączonym przykładzie, da się. Warto wyczekiwać sprzyjających warunków atmosferycznych, zwłaszcza w górach, gdzie najważniejsze jest bezpieczeństwo, ale również i wspaniała przygoda!

Poniżej galeria z fotografiami:

Alps - Grossglockner via Studlgrat

Przydatne info:

  • Nocować można w Studlhutte. Nocleg dla osób nie posiadających Alpenverine – 22 euro. Drugą możliwością jest nocleg we własnym namiocie, na dziko nieopodal schroniska. W dolince obok schroniska można rozbić namiot i nie jest on zbytnio widoczny. Nie wiem na ile jest to legalne, ale dwa zespoły tak robiły i nikt się nie czepiał, więc jeśli nie będziecie okupować tego miejsca przez tydzień, to powinno być okej.

  • W tym samym miejscu można zostawić depozyt i przykryć go kamieniami tak, żeby był niewidoczny z daleka. Jest też możliwość zostawienia depozytu w schronisku. Kaucja za kluczyk – 10 euro. Kaucja jest zwrotna, no chyba, że zgubimy klucz. Myślę, że też fajne rozwiązanie.

  • Atakując Grossglockner granią Studlgrat warto jak najdłużej iść lodowcem (ścieżka na pewno będzie wydeptana) i dopiero wchodzić na grań. Zaoszczędzi nam to sporo czasu.

  • Grań Studlgrat jest dość dobrze ubezpieczona w ringi. Oczywiście tam, gdzie trudniej ringów jest więcej, w miejscach łatwych są one osadzone bardzo rzadko. Nam nie przydały się kości, ani friedny. Są też miejsca, gdzie zamiast ringów są stalowe pręty, wokół których należy okręcić linę. Nie wiem, czy nie lepiej zakładać na nie pętle lub ekspres, bo po paru takich owijkach trudności z przeciągnięciem liny gwarantowane.

  • Warto zadbać o kondycję bo w partiach okołoszczytowych można poczuć zadyszkę spowodowaną wysokością.